niedziela, 23 stycznia 2011

Po raz kolejny zostało mi wypomniane, że nic nie piszę na bloga. No więc:

1. Dla tych, co są oburzeni i potrzebują tłumaczenia

Bo to jest tak, że

Czy to jest zagryzanie ciepłych orzeszków aby po chwili zasiąść z Olą nad talerzem sałatki i gapić się w TV i ubierać w idiotyczne, ale za to ciepłe ubrania. A wszystko w oczekiwaniu na Oli męża, współlokatorów i chłód nocy;

Czy to jest obserwowanie jak pan robi sok marchwiowy, który to zawiera: buraki, imbir, pietruszkę, pomidora i ziemniaki, ale, ku jawnemu zdziwieniu pana nie zawiera: kareli (gorzkie), cebuli, masali (zgniłe jajo) i innych niezydentyfikowanych specyfików. W ramach współczucia, łaskawie zgadzam się na dodanie pomarańczy;

Czy to jest nawet picie tego soku;

Czy niemożność od pięciu już lat zrozumienia głupoty indyjskiego tłumu: najpierw trzeba dać ludziom wysiąść z metra, żeby potem dało się do niego wsiąść!!!;

Czy też 2,5-godzinna sztuka teatralna w kompletnie niezrozumiałym indyjskim języku (po bengalsku...);

Czy zdemolowana kafejka internetowa z dwójką przemiłych, acz niesłyszących właścicieli, którzy czasem wydają resztę w cukierkach;

Czy mycie się wodą z wiadra nagrzaną wielką mega-grzałką;

Czy 36-godzinna jazda pociągiem z przeraźliwego zimna w zaskakująco przyjemne gorąco;

Cały czas napawam się, aby mi starczyło na kolejne wiele miesięcy. A to nie są wszystkie drobiazgi, które czasem denerwują, a których już zaraz będzie mi brak.

2. Dla tych, którzy chcą wiedzieć gdzie jestem i co się ze mną dzieje

Ha! Lepiej Wam nie wiedzieć. Kto się boi, że mi będzie zazdrościć, niech przeskoczy do punktu nr 3.

Przetelepałam sie z Delhi pociągiem w 2 dni i jedna noc, na miejscu spędzę 4 dni i potem znów 2 dni i jedna noc w pociągu, słuchając: "ćaaaj, gorom ćaaaj" (herbata z mlekiem), "cofffe" (kawa), "papersoappapersoap" (mydło w listkach), "soepolis!soepolis!soepolis?" (czyszczenie butów). Nie przestawiłam się jeszcze na bilety lotnicze. Poza tym oglądanie Indusów w podróży jest zwykle niezmiernie fascynujące.

No i przede wszystkim, nie ma zbyt wysokiej ceny dla dnia spędzonego na białym drewnianym szezlongu obłożonym mięciutkim materacykiem i osłoniętym od nadmiernego słońca. Z książką w ręku, lassi lub orzeźwiająca woda gazowana z cytryną pod prawym łokciem, i łagodną bryzą zza lewego łokcia. A jak bryza przestanie ujarzmiać upał, to 5 kroków dalej jest morze (Arabskie), w którym można się namoczyć. W porze lunchu, pan przynosi na tacy świeżo złowione ryby i pyta: "Which one?". I wtedy z miną wybitnego znawcy wskazuje się palcem na którąkolwiek i kiedy pan już odchodzi można się zapytać jak ona, ta ryba, się właściwie nazywa. White Snipper. Po polsku jakoś tak śmiesznie... cały czas zapominam Józek, Felek? Dla ułatwienia: Adam. Upieczony z czosnuszkiem, masłem i ziołami. Pycha!

3. Dla tych co chcą usłyszeć mrożące krew w żyłach przygody

(Których w końcu nie było)

Delhi, ok. 1.50 w nocy. Śpię sobie smacznie, śni mi się jakiś traktor i nagle budzi mnie Ola. Światła palą się w całym mieszkaniu, nade mną stoi jeszcze Oli mąż i dwójka ich współlokatorów. "Kasia, wstawaj, było trzęsienie ziemi i chyba musimy wyjść na zewnątrz". To mnie dobudziło momentalnie. Zawsze chciałam zobaczyć jak to jest. Podobno trzęsło się całkiem mocno, wszyscy się obudzili i debatowali nad moim łóżkiem dobre 5 minut, otwierając i zamykając kolejne drzwi, zapalając światła, śmiejąc się... W końcu zdecydowali, że trzeba wyjść. Jak już mnie obudzili, wszyscyśmy skorzystali z toalety (bo to nigdy nie wiadomo...), założyliśmy dodatkowe swetry, okryliśmy kocami i wyszliśmy na schody, okazało się, że sąsiedzi już wracają do domów. Koniec przygody.

Oczywiście zaraz wróciliśmy do domu sprawdzić, czy to była zbiorowa histeria, autosugestia, czy też najprawdziwsza prawda. Wujek internet w domu nie mieszka, więc włączyliśmy jego starszego brata, wujka wiadomości w TV: epicentrum znajdowało się w południowo zachodnim Pakistanie i było silne, 4,7 w skali richtera. Żadne budynki nie ucierpiały, bo jest to rejon zamieszkały jedynie przez drobne plemiona (i Talibów, w domyśle).

Najokropniejsze w całej przygodzie było to, że ominęło mnie najciekawsze.

4. Dla tych, co chcą obejrzeć zdjęcia

No, niestety. Po przygodzie w Bangladeszu nastąpiły długotrwałe próby zjednania baterii na domowo-bangladesko-indyjskie sposoby. Niestety, choć początkowe rokowania dawały ziarno nadziei, wkrótce się załamały. Porozumienie w sprawie działania aparatu nie zostało zawarte. Skapitulowałam. Ostateczne zerwanie wszelkich umów nastąpi w Polsce, po zawarciu umowy z Allegro.

Przedostatnie zdjęcie: Kalkuta, zdjęcie z tramwaju jadącego na College Street.

Ostatnie zdjęcie: Kalkuta, konduktor w tramwaju jadącym na College Street. (Godny uwagi jest wyraz skupienia na jego nieostrej twarzy).

5. Dla tych, co chcą wiedzieć więcej o Indiach

- Strasznie duże te Indie i szybko im się zmieniają klimaty.

- Wszystkie ważne targi książek odbywają się tam, gdzie jest zimno zimą - Kalkuta, Jaipur.

- Więcej nie powiem, chyba, że ktoś zapyta.

6. Dla tych, co chcą dalszego ciągu historii o Antonio

Antonio mnie rozpoznał. Nie był pewien ale rozpoznał. Nie mieszkam w Palmira's, bo nie zrozumiałyśmy się z córką właściciela przez telefon. Mieszkam tuż obok, a mój dawny pokój zajmują Brytyjczyk na wózku i jego żona.

Antonio dalej pracuje, jak pracował i dalej przysiada się wieczorem do stolika. Nie marzy już o pracy na jachcie. Mógł pojechać na wakacje do Bangaluru, i do chłodnego Kodaikanal. Jako kelner pracuje w sezonie, przez 6 miesięcy, przez pozostałe 6 miesięcy może opiekować się siostrą.

Przyozdobił ogród kolorowymi lampkami, ale turyści wieczorami i tak raczej nie dopisują. Na śniadaniach tradycyjnie wszystkie stoły są zajęte, choć „nie jest to już to, co kiedyś, mamy teraz dużą konkurencję”.

Antonio lubi tę pracę, bo nie wymaga od niego zbyt wiele. Właściciel Palmira's ma jeszcze kuter rybacki, z którego połów Antonio zawozi codziennie rano na targ. W święta, 25 grudnia, złowili tyle, że musiał obrócić 3 razy. Inni rybacy nie wyruszyli na morze stwierdziwszy, że nikt nie kupi ryb w święta. Więc szef Antonia założył więcej sieci niż zwykle. Wszystkie ryby zeszły, a Antonio był o 8 w pracy.

Ale bardzo poprawił mu się francuski.

7. KONIEC.

Ponapawałam sie trochę pisaniem bloga w pokoju hotelowym ;)

piątek, 7 stycznia 2011

Bangladesz Love Story

Miłość między mną a Bangladeszem jest miłością trudną. Dostałam w prezencie przepiękne widoki z łódki, a razem z nimi burzliwe przeziębienie. Potem dostałam w prezencie przygodę, w zamian za plecak. Na koniec nie mogliśmy się rozstać.

O. przed wyjazdem udzieliła nam szeregu informacji, do tego stopnia ponurych że trochę odechciało nam się jechać. Dhaka brzydka, szklano-betonowa, a to szkło brudne i oplute; na bazarach sama chińszczyzna i trochę spadów z H&Mów i innych takich; po zmroku robi się niebezpiecznie, czyli już o 5-6; miasto generalnie stoi w korkach – autobusy, ciężarówki, samochody, ryksze motorowe, rowerowe, czasem nawet ludzie; na ulicy raczej nie spotyka się kobiet, kraj muzułmański; a na dodatek do jedzenia mają głównie mięso, żaliła się O., wegetarianka. Przyznała, że - faktycznie - ubrania, a dokładniej bawełna z której są zrobione, mają dużo lepszą jakość, niż w Indiach, ale, dodawała szybko, są głównie dla mężczyzn i dla dzieci. Żeby mnie dobić twierdziła, że w Dhace nie ma żadnych księgarni.

Chyba dzięki temu nastawieniu tak mi się spodobało w Bangladeszu.

O. miała oczywiście rację. No, może poza dwoma szczegółami – ubrania są też dla kobiet, a księgarni jest całkiem sporo. Korki z rowerowych ryksz zostały obfotografowane skrzętnie, bo każda jest prawdziwym rękodziełem…

a co drugi rykszarz jest prawdziwym zjawiskiem.

To zdjęcie akurat jest z Khulny, gdzie połowa z nas udała się statkiem i ta połowa właśnie rozchorowała się doszczętnie. Druga połowa, pokonana przez linie lotnicze i korki dojechała autobusem i tak spotkaliśmy się w podrzędnym hotelu w Khulnie wpół do 12 w nocy. Do naszych kolorowych czapeczek i szampana (dziewczyny jakoś go przemyciły) dołączyło się jeszcze dwóch turystów z naszej łódki. Obeszliśmy północ zgodnie z czasem bangladeskim i indyjskim (pół godziny różnicy), zapominając po drodze o nepalskim (w połowie między tamtymi) i przesypiając czas polski.

Ja rozpoczęłam Nowy Rok wyskakując z łóżka bosą stopą prosto w karalucha, O. została natomiast pożarta przez pchły. Ani jednego, ani drugiego serdecznie Wam nie życzę w 2011 roku (potem zobaczymy…), życzę spokojnego snu, jakim cieszyła się połowa z nas.

Potem były przejażdżki i przepływy po okolicy oraz wyprawa na tygrysa. Byłam gotowa powitać tygrysa na bosaka, bo znowu popsuły mi się buty, ale: „We. Go back. Now” „Why?” „Tiger riks”(sic!). Nie było co dyskutować z panem przewodnikiem i kapitanem naszego stateczku, mimo że byliśmy trzy kroki od zoo dla krajowych turystów.

A potem postanowiłam nie jechać na plażę, tylko wrócić do Dhaki. I tu zaczyna się historia z kradzieżą plecaka. Nie ma co w nią wnikać, dość, że typ z blizną na poliku zabrał mi plecak z kolan i wyskoczył z autobusu tuż pod moim domem. Ten polik to jakby go ktoś szablą przeciął. Niestety, okazuje się, że to za mało oryginalny znak szczeólny w Dhace. Nikt go nie widział, a przestrzeń poszukiwań ciągnęła się może 50 m wzdłuż ruchliwej ulicy. Cóż, paszport, pieniądze i cała ważna reszta są na razie bezpieczne.

Powrót z Bangaldeszu też przejdzie do historii. Potomnym dość powiedzieć, że należy sobie zostawić 300 tak, żeby zapłacić „travel tax”, przy wyjeździe. Nie należy wydawać ostatniego grosza na bazarach w Dhace. Ewentualnie należy mieć ze sobą łatwo wymienialne waluty, co bynajmniej nie oznacza złotówek. Ja tego nie wiedziałam. Ale dzięki temu odkryłam, że jak jestem wściekła to przez pół godziny mogę komuś wrzucać PO BENGALSKU, że jest kretynem, durniem i generalnie nie ma mózgu. Na szczęście znalazł się dobry człowiek i współpasażer za mnie założył. Inaczej zostałabym w Bangadeszu, w ramionach mojej trudnej miłości.

Ale ja tam jeszcze wrócę.

piątek, 24 grudnia 2010

Wesołych Świąt!
Tym roku padło na Kalkutę. Miasto fantastyczne, tylko trochę skażone tym, co nazywają tutaj noise pollution. Koncert Rockowy jest niczym w porównaniu z hałasem na wielopasmowym skrzyżowaniu. Do tego należy dołożyć jeszcze muzykę z rykszy, która musi być przecież głośniejsza, niż hałas na zewnątrz i krzyki rykszarza, który musi być przecież głośniejszy, niż muzyka.
Wydawało mi się, że jak wigilia trafi się w Indiach to przynajmniej nie będzie przedświątecznej bieganiny. Oj, jak ja się myliłam. Na dodatek poziom decybeli podniósł poziom stresu. Nie tylko mi. Bengalczycy uzbroili się dzisiaj w łokcie i wystawili całe rodziny do wojny o najsmaczniejsze pierniko-keksy, najładniejsze plastikowe choinki i najbardziej błyszczące gadgety.
Myśmy wystawili tylko 3 osobową grupę i zaatakowaliśmy z 5 różnych stron: dekoracja świąteczna, menu, prezenty, wyjazd do Bangladeszu i sprawy inne.
Efekt: 2 pary popsutych butów ale też trzy bilety i dwie wizy do Bangladeszu, wysłane paczki paczki, kupione prezenty, przypadkowo odkryty internet w hotelu i odpoczynek w salonie piękności. Raczej na tarczy. Poza tym wigilia z tybetańskimi Momo zamiast uszek, ketchupem zamiast barszczu, rybą w chrzanie i musztardzie gotowaną w liściu bananowca na parze zamiast karpia, bakłażan zamiast kapusty, sok zamiast kompotu, ćapati zamiast chleba.
A zamiast kolęd był spontaniczny koncert ulicznej kapeli, która chodzi dziś od hotelu do hotelu, gra i zbiera pieniądze od białasów. Podobno grali kolędy, ponoć Jingle Bells.
Życzę Wam zatem spokojnych i cichych świąt z parą dobrych butów lub kapci na nogach!



środa, 8 grudnia 2010

Pisze tego posta po raz 3. Jesli teraz padnie prad, to przykro mi, nic sie tu nie pojawi przez dluzszy czas.
Wracajac do tematu... Mialo byc zdjecie swiatyni, ilustracja poprzedniego posta.

To jest typowa Keralska swiatynia. Wzdluz jej scian plona lampki, co naprawde uroczo wyglada. Sloniom zrobilam film, ale wrzucanie go w tych warunkach do netu, to dla mnie za duze nerwy. (I chyba na dodatek wlasnie zepsulam klawiature).
Kerala promuje sie haslem "God's own country" i ma ku temu powody. Caly czas swieto w jakiejs swiatyni, wieczorem meczety wzywaja na modlitwy, przy ulicy slychac msze dobiegajaca z kosciola (katolicki, protestancki, syryjski - dy wyboru), a najbardziej turystyczna uliczka prowadzi do przepieknej synagogi.

Dla zrestartowania spokoju, obrazek-pocztowka z Kerali. Pozornie sielska codziennosc. Tez nie do konca miejscowa, bo zdjecie zrobilam w Fort Kochi, pieknej i sielskiej i zielonej enklawie zagranicznych turystow. Glownie tych lepiej sytuowanych tym razem.

Na nabrzezu Fortu Kochi sa wybudwane pomosty z calym skomplikowanym osprzetem do polowu ryb za pomoca "chinskich" sieci. Pomoglam jednej z grup rybakow. Z rozbrajajaca szczeroscia oznajmili mi, ze teraz nie jest sezon na ryby, to w lutym, marcu. Teraz, od listopada do stycznia, jest sezon na turytow. Cos tam dla nich wyskrobalam i wtedy zaczeli mi tlumaczyc lamana angielszczyzna, ale z wyraznym brytyjskim akcentem, ze kazde stanowisko nalezy do kogo innego. Wlasciciele zatrudniaja robotnikow do ich obslugi. Teraz jest troche problemow z rzadem stanowym, bo ten wymyslil sobie, ze sieci stoja na jego ziemi. No a gdzie maja stac, pytaja rybacy, skoro morze zabralo plaze podczas ostatniego tsunami?

Ta rybe, ta rybe pani wezmie, my usmazymy i bedzie lunch!

niedziela, 5 grudnia 2010

W Indiach na wszystko jest system i sposob. System przejazdow autobusami, system przechodzenia przez tlum ludzi, czy system turystyki dla bialasow, ktorego szczegolnie rozwinieta galezia jest system oszukiwania turystow i wyciagania z nich pieniedzy. Jak sie wstepnie chociaz rozpracuje system, zycie staje sie latwiejsze.

"Where are you from?" - spytal tym razem Starszy Pan.
"Poland" - odpowiedzialam znudzona ja.
"Really? My daughter works in Poland!"
Nie, znowu myla im sie dwa kraje. "Really? In what city?"
"Capital", z usmiechem odpowiada pan.
"That is..."
"It is hard to remember, this word"
Dobra, pomoglam mu, moze byc smiesznie statek przyplywa za 5 minut, moge chwile posluchac. Ciekawe, gdzie jest haczyk? No wiec corka jest neurochirurgiem w jednym z najwiekszych warszawskich szpitali.
"Husband?"
Tak, ma. Tez z Indii, oczywiscie, jakzeby inaczej w tradycyjnej rodzinie? Jest chirurgiem od serca, ale nie jest tak dobry jak corka Starszego Pana.
Biorac pod uwage tlumy imigrantow z Indii w Polsce, jest to umiarkowanie wiarygodna historia, ale na razie nie komentuje.
"Your studies?"
Zastanawiam sie szybko: mowic prawde, czy nie. I nagle sama siebie slysze "Indian studies".
No i sie zaczelo, ze pan jest filozofem, ze prowadzi lecznice starozytnej medycyny zwanej ajurweda, ze dzisiaj rano wstal o 3 i sie umyl i poszedl medytowac. Ja tymczasem przyjmuje usmiech nr 5 i zastanawiam sie, o ktorej jest nastepny statek.
"What is Bhagawadgita?" Starszy Pan nie daje za wygrana. No to ja grzecznie, ze to czesc eposu Mahabharata. Na to on pyta o tresc. Na to ja, delikatnie sadujac, ze to lekcja moralnosci. Pan zachwycony i zdziwiony, pyta dalej - i tak to trwalo jakies 10 minut. Szybko odkrylam, ze choc filozofia indyjska specjalnie sie nie interesowalam, to znacznie bardziej sie na niej znam niz ten Pan.
W koncu Pan doszedl do wniosku, ze mnie zabierze na swieto, ktore odbywa sie w swiatyni na drugim koncu miasta. Bo kuzyn odprawia tam pudze i nas wpusci i wszystko mi wytlumacza i to tylko jeden dzien jest taki wyjatkowy i beda slonie i wogole bedzie super i mozemy tam pojechac autobusem.
Traf chcial, ze dwa dni wczesniej w moje rece wpadla ulotka o tym swiecie. Chcialam sie na nie wybrac, ale ryksza tak daleko kosztowala by fortune, a nie bardzo mialam ochote na mozolna walke z systemem komunikacji miejskiej. Pomyslalam sobie: Jest okazja, jedziemy. Pamietalam, ze na ulotce wyraznie napisano: swieto trwa 8 dni, a nie jeden. Czekalam na haczyk.
Pojechalismy, pan bardzo mily, w pierwszym autobusie sam zaplacil za bilety, potem znalazl mi ulicznego szewca, a potem znalazl kolejny autobus i kazal mi za niego zaplacic.
Na miejscu ruszylismy w kierunku swiatyni. W pewnym momencie Pan mnie zatrzymal i powiedzial, ze musi zadzwonic do kuzyna i go uprzedzic o naszym przybyciu. Na to ja, nie oceniajac wysoko mozliwosci sprinterskich Starszego Pana, zaproponowalam, zeby uzyl mojej komorki.
Byl oburzony: "No, we Brahmins cannot use this"
Poszedl, zadzwonil, po 3 sekundach byl z powrotem. Kuzyn oczywiscie sie zgadza, ale jest jeszcze troche czasu, moze pojdziemy na piwo.
Zaczelam sie swietnie bawic, wiec stwierdzilam, ze postawie mu piwo, a sama chetnie napije sie Maazy. Ale po drodze nie wytrzymalam:
"How come you cannot use mobile, but you can smoke and drink?" Bo komórka ma zgubne fale, a papierosy i piwo zrobione sa z naturalnych ziol. A w ogole to kazal mi usiasc, dac sobie dlugopis i ze on mi powie teraz cos o moim zdrowiu. Zbadal puls i zasadniczo uznal, ze moja glowna dolegliwoscia jest jedzenie zbyt duzych ilosci miesa. Dal mi nawet na to lekarstwo, nie bede miala ochoty na czerwone mieso. Grzecznie schowalam do torby. I wciaz czekalam na haczyk.
"Now we will go to the temple, but first... you know, you will be special guest. Usually for foreigners it is 1000 Rs, but for you my cousin arranged entrance for 300 Rs only."
Jest! Ulotka wyraznie mowila, ze bialasy wchodza bez problemu. Piwo w Indiach jest drogie, wystarczy za dowiezienie mnie na miejsce.
Grzecznie wyjasnilam, ze ja wyszlam tylko na spacer po miescie i nie mam tyle kasy.
"Ok, you give me 100 Rs, no problem" reszte sam dolozy, bo ja jestem jego friendem.
Nie, prosze pana, bedzie mi glupio. Poza tym nie mam nawet tyle. Ile mam? Jakies 50 i z przeonaniem wyjelam pusty portfel jednoczesnie glebko wciagajac brzuch opasany saszetka z rupiami.
"50 OK" - mowi Pan. Ale ja sie bede zle z tym czula, wie Pan, pan mnie zaprasza i jeszcze na dodatek musi tyle placic.
Nawet sie nie upieral. Wskazal tylko skad mam powrotne autobusy, przeprosil za zamieszanie, napomnial o spozywaniu lekarstwa i odprowadzil wzrokiem upewniajac sie, ze nie ide do swiatyni. Zniknelam za rogiem, a on czmychnal.

Teraz powinny byc zdjecia, ale beda nastepnym razem ;)





wtorek, 30 listopada 2010

Mysore

Bylam dzisiaj w Disneylandzie.

Do Disneylandu najpierw trzeba godnie przyjechac. Na przyklad czarodziejskim wozem Kopciuszka. Z daleka - piekne. Z bliska - takie zwykle.

Potem przychodzi czas na placenie. Oczywiscie, dla bialasow cena jest dziesiec razy wyzsza (Indian Rs 20, Foreigner Rs. 200), ale to jest standard i nawet juz mnie to nie rusza. Nie dosc ze place za hotele i jakies durne taxy turystyczne, nie dosc ze place za wize i dziwaczne czasem atrakcje, to jeszcze to. Ale Disneyland musi miec swoje minusy. Zreszta, sa one wynagrodzone bo zaraz po wejsciu gosci wita.... Nie kto inny, jak sam:


Oczywiscie Disneyland to pierwotnie pomysl amerykanow, wiec musza byc wskazowki. Co z tego, ze palac krolewny widac juz od bramy.

W samym palacu niestety, nie mozna fotografowac. A szkoda. Zrobil na mnie ogromne wrazenie, nie zartuje. Nawet bez audioguida byloby niesamowicie. Styl Indo-saracenski, czyli mieszanka wszystkiego, co najbardziej dekoracyjno-ozdobne: swiatynie hinduskie + palace mogolskie (i perskie tez, a co) + troche Europy, zwlaszcza romantyzmu i tego, co z nim idzie. Mieszanka niesamowita.


No, ale Disneyland nie bylby soba, gdyby poza palacem krolewny nie oferowal innych atrakcji. Mozna sie zatem poczuc jak na Dzikim Zachodzie. Tutaj akurat pojedynek na zdjecia. Wygrany.

Druga interesujaca atrakcja byl dom horroru. Nie tyle dom, co rzezba, ale zainteresowanie odpowiednie co najmniej jednorodzinnej chatki.


Dla doroslych panow tez sa atrakcje, choc moze troche nie zaplanowane. Pod przykrywka zdjecia mozna ogladac wszystko dookola...

Religia jest tez. Swiatynia wzorcowo udekorowana lampkami. Tym razem dyskretnie. Zarzadca palacu stawia na elegancka prostote.

Ale zeby nie bylo watpliwosci, nie wszyscy akceptuja Disneyland. Przy jednej z dwoch bram, przy tej nieuzywanej, stoi dom, ktorego przeslanie jest jasne.


Jak ktos chcialby dowiedziec sie merytorycznych szczegolow na temat palacu Maharadzy w Mysore, polecam pogrzebac w internecie. A jak ktos chcialby ladnych i profesjonalnych zdjec, to tez polecam pogrzebac w internecie.

wtorek, 23 listopada 2010

Dwa lata

Przez ostatnie dwa lata wiele sie zmienilo. Anna Kalata schudla i wypiekniala. Wiadomosci w Polsce coraz czesciej wspominaja o Chinach, a przy okazji o Indiach, zwracajac uwage na rosnaca gospodarke. W Delhi goscil premier Donald Tusk, w Warszawie prezydent Pratibha Patil. Lotnisko w New Delhi zamienilo ze smierdzacego stechlizna i ozdobionego kwiatami w doniczkach modernistycznego baraku w lsniacy, przeszklony terminal z nowoczesnym wielopietrowym garazem. Przez wejscie na stacje kolejowa dopatrzyc sie mozna nowoczesnego systemu informujacego o przyjezdzie pociagow. Sama zreszta stacja wyglada z zewnatrz na dwa razy wieksza, odmalowana i zmodernizowana. Z zewnatrz.
Stacja kolejowa zostala tak naprawde tylko oblozona marmurem, w srodku jest taki sam brud, tlok i rozgardiasz jak byl. "Glowny naczelnik d/s zdrowia i higieny" dalej siedzi w ciemnym od brudu pokoju i czyta gazete. Odnowiono tylko trochê pokoj dla obcokrajowcow. Odnowa polegala glownie na przestawieniu biurek.
Lotnisko jest faktycznie imponujace.Najlepsza chyba czescia jest zaskakujacy pomysl wylozenia calej niemal podlogi miekka wykladzina na ktorej moga wygodnie koczowac cale rodziny. Nie to, co w Zurychu. Personel lotniska dba, zeby podrozni nie kladli sie w przejsciu. W garazu bilety oplaca sie w budce, nie w automacie, a przy zjezdzie z kazdego pietra 2 wyrostkow sprawdza czy kierowca na pewno oplacil za postoj. Przy wyjezdzie sa oczywiscie automaty a przy kazdym (KAZDYM) z nich siedzi zziebniety Indus i pilnuje. XXI wiek, ale wladze maja swiadomosc, ze nie wszyscy w Indiach juz sie do niego dostosowali.
Po wizytach premiera i prezydent zostaly zdjecia, wspomnienia i piekne deklaracje. Poki co zapewne brakuje funduszy na obiecane ulatwienia w wymianie kulturalnej i naukowej.
W Polsce Indie wciaz sa kojarzone raczej z brudem, smrodem, kadzidlami i bollywoodem, niz ze wschodzaca potega gospodarcza.
Anna Kalata schudla i wypiekniala, ale nie zmadrzala i nie nauczyla sie tanczyc.
Zmiany z ostatnich dwoch lat najpierw zapieraja dech w piersiach, ale szybko pozwalaja sie przyzwyczaic do nowych warunkow. Ja tylko nie moge sie przyzwyczaic, ze nie jestem juz "didi" (starsza siostra), tylko "auntie" (ciocia).